|
Twarze
18-10-2005, 01:45:00
Kilka dni Andrzej Stasiuk przed wyborami jechałem przez Polskę. Poruszałem się bocznymi drogami przez wsie i miasteczka. Była piękna pogoda, zaczynała się jesień i w mglistym świetle późnego poranka mój kraj przypominał bajkową krainę. Lecz w każdej wsi, w każdym miasteczku, na każdym słupie, przystanku autobusowym, pustym kawałku ściany, na zaparkowanych autach wisiały plakaty z podobiznami kandydatów. Wisiały nawet na zupełnych pustkowiach na przydrożnych drzewach. Zwłaszcza tam, z dala od ludzkich siedzib, wśród bajecznych barw nadchodzącej jesieni sprawiały ponure i absurdalne wrażenie. Bo oprócz tego, że plakaty wisiały, to jeszcze u stóp drzew, na ziemi, w trawie poniewierały się podarte i pogniecione resztki. Tak wyglądała walka polityczna. Nadchodziła kolejna ekipa zwolenników tego i owego i po prostu zdzierała wizerunek znienawidzonego konkurenta, darła go i rzucała na ziemię, by na jego miejsce przykleić podobiznę swojego. Wygrywali ci, którzy przybywali ostatni, pewnie tuż przed północą, gdy mijał termin zakończenia kampanii. No więc ten śmietnik twarzy to była metafora. Twarze zaśmiecały, zanieczyszczały pejzaż i świat. Były nic nie warte i w jednej sekundzie zamieniały się w odpad. To metafora upadku etosu polityka, czy też w ogóle przywódcy w szerokim tego słowa znaczeniu. Mogłem to oglądać we własnym kraju, ale zapewne dotyczy to demokracji jako takiej. W końcu mój kraj nie robi nic innego niż naśladuje kraje starsze, większe i mądrzejsze. Twarze z tych prowincjonalnych plakatów stanowiły opowieść o tym, że lud nareszcie chce rządzić samodzielnie, a nie przez wybranych reprezentantów. Fotografie były zgrzebne, komiczne, pretensjonalne i często przypominały karykatury. Równie dobrze mogły to być zdjęcia z listów gończych, uroczystości weselnych, hagiograficzne portrety gminnych dostojników z lokalnych gazet albo cudem przechowane wspomnienia z surrealistycznych czasów komunizmu. To był casting do filmów Felliniego albo Miloša Formana z czeskiego okresu. To była wiejska zabawa, pogrzeb zasłużonego strażaka, to była prawdziwa sól ziemi oraz ci, którzy zapewniają najwyższy wskaźnik oglądalności. To był mój lud, z którego w prostej linii się wywodzę i, nawet jako renegat i pisarz, czerpię z niego siły i natchnienie. Lecz wystarczy wjechać do większego miasta i widok na tandetne plakaty przysłaniają ogromne profesjonalne bilboardy. Na nich przedstawieni są ci, którzy walczą o prawdziwe zaszczyty i realną władzę. Szefowie partii, kandydaci na najwyższe stanowiska, idole tłumów oraz rankingów. I jeśli o tamtym wyborczym plebsie w formacie 20x30 centymetrów można było powiedzieć, że cech ludzkich mają w nadmiarze, tak ci wielkoformatowi w ogóle nie przypominają ludzi. Ich twarze to produkty, układanka pikseli i kłamstwo retuszu zwane „tworzeniem wizerunku”. Patrzą na nas z góry martwymi oczami i uśmiechają się jak wypreparowane trupy. Gdyby nie podpisy, można by ich wziąć za reklamy lodówki albo pralki – tyle mniej więcej życia i prawdy są w stanie przekazać. Pomiędzy nie ma nic. Nie ma kompromisu, który uszlachetniłby prostacki wizerunek nagiego człowieczeństwa uczłowieczając jednocześnie martwą, arogancką i głupią gębę nagiej władzy. Ci z papierowych postrzępionych świstków za wszelką cenę pragną zająć miejsce tych o gigantycznych, wygładzonych obliczach, a ci z billboardów nienawidzą myśli, że ich twarz mogłaby zostać wydrukowana w mniejszym niż naturalny rozmiarze i na pogniecionym papierze. Tak więc nie jest to opowieść tylko o moim kraju, ale o wyborach w ogóle. Nie wybieramy już ludzi, których podziwiamy, którym ufamy i za którymi pragnęlibyśmy pójść, by ich w naszej, mniejszej skali, naśladować. W gruncie rzeczy do wyboru mamy tylko takich samych jak my albo medialne „zombies” o uśmiechu sokowirówki. Tych drugich najpewniej zastąpią wkrótce automaty, roboty skonstruowane na podstawie komputerowego programu „prezydent wszystkich ludzi”. Kto jednak wtedy zastąpi nas, nie mogę sobie wyobrazić. AndrKilka dni przed wyborami jechałem przez Polskę. Poruszałem się bocznymi drogami przez wsie i miasteczka. Była piękna pogoda, zaczynała się jesień i w mglistym świetle późnego poranka mój kraj przypominał bajkową krainę. Andrzej
Autor: kurczak
|